Róşnice miedzy tramwajami a kolejÄ
Oto kolejna różnica między tramami a koleją. Pociągi drzwi miały zawsze. Z jakichs powodów pojawiły się tez potem w ruchu miejskim. Czyżby chodziło o bezpieczeństwo?
Pozwolę sobie na cytat:
"Jeżdżące w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wozy tramwajowe nie miały automatycznie otwieranych drzwi a jedynie ciężkie, przesuwane ręcznie. Trzeba się było nieźle naszamotać, żeby je otworzyć, zwłaszcza kiedy był tłok, a tłok był prawie zawsze. Toteż najczęściej drzwi były otwarte przez cały czas jazdy, co ułatwiało tworzenie znanych powszechnie "winogron", które wyglądały jak roje pszczół przyczepione do jakiegoś przedmiotu, zwisające i brzęczące. Sama bywałam częścią 5takiego roju i do dziś nie wiem, jak mi się udawało tam utrzymać. Ale ludzie wtedy sobie pomagali. Kiedyś, stojąc na przystanku, obserwowałam wręcz dramatyczną scenę, rozgrywającą się w tramwaju, który już ruszył i nabierał rozpędu. Od takiego właśnie winogrona zaczął odpadać jeden mężczyzna, nie miał się czego złapać, balansował w powietrzu. Był w jasnym płaszczu, typu prochowiec i za ten płaszcz trzymało go kilka rąk wystających z wiszącego grona. Płaszcz się darł aż trzeszczało, ale anonimowe ręce nie dawały za wygraną i wreszcie udało się delikwenta podciągnąć na tyle, że już nie machał nogami w powietrzu i cały ten ładunek pojechał, w miarę spokojnie, dalej. A już majstersztykiem była jazda "na cycku", czyli na tylnym zderzaku drugiego wozu. Miał on postać dość grubego walca, zakończonego czymś w rodzaju kołnierza. Mieściły się tam dwie lub trzy osoby, które stały jedną nogą na zderzaku, a drugą luźno balansowały, rękami zaś czepiano się wszystkich wystających elementów obudowy wozu. Kiedy tramwaj się zatrzymywał na przystanku, pasażerowie "cycka" tę wolną nogę stawiali na jezdni, zachowując strategiczną pozycję drugiej nogi. Jeździli tak najczęściej młodzi chłopcy, ale nierzadko zdarzali się i dorośli mężczyźni. W każdym razie była to raczej domena mężczyzn."

Źródło
Pozwolę sobie na cytat:
"Jeżdżące w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych wozy tramwajowe nie miały automatycznie otwieranych drzwi a jedynie ciężkie, przesuwane ręcznie. Trzeba się było nieźle naszamotać, żeby je otworzyć, zwłaszcza kiedy był tłok, a tłok był prawie zawsze. Toteż najczęściej drzwi były otwarte przez cały czas jazdy, co ułatwiało tworzenie znanych powszechnie "winogron", które wyglądały jak roje pszczół przyczepione do jakiegoś przedmiotu, zwisające i brzęczące. Sama bywałam częścią 5takiego roju i do dziś nie wiem, jak mi się udawało tam utrzymać. Ale ludzie wtedy sobie pomagali. Kiedyś, stojąc na przystanku, obserwowałam wręcz dramatyczną scenę, rozgrywającą się w tramwaju, który już ruszył i nabierał rozpędu. Od takiego właśnie winogrona zaczął odpadać jeden mężczyzna, nie miał się czego złapać, balansował w powietrzu. Był w jasnym płaszczu, typu prochowiec i za ten płaszcz trzymało go kilka rąk wystających z wiszącego grona. Płaszcz się darł aż trzeszczało, ale anonimowe ręce nie dawały za wygraną i wreszcie udało się delikwenta podciągnąć na tyle, że już nie machał nogami w powietrzu i cały ten ładunek pojechał, w miarę spokojnie, dalej. A już majstersztykiem była jazda "na cycku", czyli na tylnym zderzaku drugiego wozu. Miał on postać dość grubego walca, zakończonego czymś w rodzaju kołnierza. Mieściły się tam dwie lub trzy osoby, które stały jedną nogą na zderzaku, a drugą luźno balansowały, rękami zaś czepiano się wszystkich wystających elementów obudowy wozu. Kiedy tramwaj się zatrzymywał na przystanku, pasażerowie "cycka" tę wolną nogę stawiali na jezdni, zachowując strategiczną pozycję drugiej nogi. Jeździli tak najczęściej młodzi chłopcy, ale nierzadko zdarzali się i dorośli mężczyźni. W każdym razie była to raczej domena mężczyzn."

Źródło
- Kochasz mnie?
- Kocham.
- Wyjdziesz za mnie?
- Nie.
- Złaź!
- Kocham.
- Wyjdziesz za mnie?
- Nie.
- Złaź!