Poc Vocem pisze:Wiesz, że wychodząc z takiego założenia można nigdy nie dojść do sensownych wniosków, prawda? Bo jeden powie a, drugi b, trzeci c, a zdań na temat parytetów będzie tyle, ilu Polaków.
Dlaczego zakładasz, że trzeba słuchać każdego, kto chce się wypowiedzieć? 'Nie znam się, to się wypowiem' to domena internetu, polityki raczej być nie powinna (niestety, często jest).
Albo coś jest jednoznacznie wyznaczalne, a co za tym idzie potrzebne do szczęścia, albo poruszamy się w świecie rozmytych idei, które nie są nikomu potrzebne za wyjątkiem wąskiej grupy niewyżytych bab (powiedzmy sobie szczerze).
Nie mam pojęcia, co ma znaczyć 'jednoznacznie wyznaczalne' czy 'rozmyta idea'. To jest jednoznacznie wyznaczalne - po przeprowadzaniu badań wskazujących na to, gdzie szklany sufit jest najgrubszy, tzn. gdzie stosunek ilości kobiet do mężczyzn startujących (rozpoczynających karierę pracowniczą) z tego samego miejsca jest najbardziej niekorzystny w odniesieniu do podobnego stosunku na etapach szczytowych. Rozmyta idea stoi raczej za niechęcią do takich rozwiązań, bo jedyny w zasadzie argument przeciw to 'jest dobrze jak jest', co - w odniesieniu do liczby kobiet sfrustrowanych brakiem możliwości rozwoju kariery - jest po prostu kłamstwem.
A polityczna poprawność jest potrzebna chociażby po to, żeby wstyd było wypowiadać takie żałosne pierdy jak te o niewyżyciu (równie 'szczere' byłoby powiedzenie w 1967, że tym leniwym czarnuchom we łbach się poprzewracało, a tak naprawdę po prostu nie chce im się zapieprzać przy zbiorach bawełny). Nie żeby ktoś stał z linijką i dawał po łapkach - tylko właśnie żeby samemu mieć blokadę, czuć wstyd z powodu tak prymitywnych myśli.
Jeszcze nie słyszałem, żeby komuś nie dano pracy, bo jest kobietą, owcą, szympansem czy czym tam jeszcze. Po prostu kobiety nie mają predyspozycji do niektórych zawodów, tak samo jak mężczyźni. Są zawody (np. pedagogika), gdzie na jednego faceta przypada 20 kobiet.
Na co ma być dowodem to, że nie słyszałeś? Rozumiem, jakbyś uczestniczył w badaniach i nie słyszał. Ale twoje niesłyszenie wynika po prostu z braku zainteresowania sprawą.
Co do pedagogiki - widzisz, podałeś właśnie przykład na to, że parytet nie może być automatycznie przykładany do każdego zawodu. Możliwe, że w przypadku pedagogiki potrzebny byłby parytet dla mężczyzn.
Chyba, że chcesz sankcjonować parytety tam, gdzie de facto istnieją ( bo tyle też można wyczytać z twojej wypowiedzi), tylko po co w takim razie? Żeby pokazać, że jesteśmy takim superpostępowym krajem?
Nie chodzi o postęp dla postępu, tylko o postęp dla komfortu życia. Nie ma sensu zmieniać stanu rzeczy tam, gdzie nikt tego nie postuluje.
Wolfchen pisze:Bez komentarza
Ależ dlaczego bez komentarza? Ja naprawdę nie widzę żadnych innych powodów do twierdzeń, że wszystko jest ok oprócz wybitnej niechęci do wczucia się w sytuację kogoś innego. W każdym razie - nikt takich nie podał (nie liczę takich w rodzaju 'ja nie zauważam' dopóki nie ma się dostępu do danych lub twierdzeń kogoś, kto dostęp do nich miał).
A wiesz, że jak ktoś w miarę kontaktujący dostałby odpowiedź, że ma świetne kwalifikacje i w ogóle super, ale zgodnie z parytetem musieli zatrudnić mierną kobiete, to może złożyć skargę do TK i ma sprawę wygraną w kieszeni, bo KRP wprost mówi o równouprawnieniu kobiety i mężczyzny?
Oczywiście, że miałby wygraną w kieszeni, bo żaden parytet nawet nie poważyłby się na zawieranie zastrzeżenia, że ten, kto jest nim objęty, może się nie nadawać do uprawiania zawodu. To chyba oczywiste, ale wciąż mam wrażenie, że wciąż mało kto zadał sobie trud sprawdzenia, co to w ogóle ten parytet jest.
Stopnie są ustalone ustawowo i są nieodmienne. Dodaje się przed nimi pan/pani, co wskazuje płeć.
To nie jest powód, tylko opis stanu rzeczy. Ja się pytam o merytoryczny powód zapobiegania potencjalnym próbom zmiany ustawy.

Ja tylko czekam, aż wprowadzą parytety na okrętach podwodnych - mogłoby to być interesujące

Doczekasz tego tylko i wyłącznie, jeśli okaże się, że w praktyce istnieje mnóstwo świetnie wyszkolonych kobiet, którym blokuje się możliwość służby na takich łodziach. Nikt tam kobiet nie będzie ciągnął za nogę.
Glonojad pisze:"Murzyn" właśnie ostatnio dryfuje w stronę indeksu słów politycznie niepoprawnych. O "afroamerykaninie" nie słyszałeś? Przykład bardzo dobry na to, jak idea - być może w założeniach nienajgorsza - zdegenerowała się zupełnie.
Na szczęście nie dryfuje zbyt mocno, bo to właśnie byłby przykład na degenerację idei politycznej poprawności w Polsce (źródło degeneracji: brak zrozumienia przez Murzynów w Polsce kontekstu użycia i pochodzenia słowa, zły przekład z angielskiego; petryfikacja degeneracji: brak uznania za nadrzędną potrzebę wytłumaczenia zainteresowanym, dlaczego nie muszą obawiać się tego słowa i dlaczego nie jest ono w ogóle obraźliwe, uznawanie za bezwzględną potrzebę dostosowywanie się do opinii urażonego, bez sprawdzenia na czym osadza się urażenie).
Za to słowo 'Afroamerykanin' to idealny przykład na w miarę DOBRE zastosowanie politycznej poprawności w praktyce. Słowo 'Negro' ma zupełnie inne konotacje niż polski 'Murzyn', jako że w przeciwieństwie do Polski w krajach anglosaskich Murzyni byli niewolnikami, a także są to kraje, które z racji zamieszkania przez spore mniejszości czarnych dawały im od drugiej połowy lat 60. dużo do powiedzenia w kwestii tego, jak chcą być nazywani a jakie słowa kojarzą im się z czasami kolonialnymi.
Natomiast słowa "czarnuch" bym nie użył, bo nie pozwala mi na to wychowanie. Nie trzeba tego sankcjonować urzędowo.
Czy naprawdę jesteś tak naiwny, żeby nie zauważyć, że to samo powie zapewne twój syn o nazwach zawodów o jedynie męskich końcówkach? Czy myślisz, że poprawność polityczna to jakiś świeży wynalazek? Istniała ZAWSZE, nowa jest tylko nazwa (na dodatek wymyślona przez jakiegoś prawicowca w latach 70. w celu wyśmiania idei tolerancji). To właśnie ta poprawność sprawia, że w każdym kolejnym pokoleniu ludzie coraz bardziej gryzą się w język, aby kogoś nie urazić, i to gryzienie nazywają dobrym wychowaniem.
A powiedz mi, skoro jednak jesteś w stanie się przemóc i ze mną rozmawiać, jaka jest zaleta powiedzenia "minął się z prawdą" zamiast "kłamał" albo ostatecznie "nie mówił prawdy" (gdy nie znamy intencji)? Rozumiem język dyplomatyczny czy urzędowy, ale codzienny, gazetowy?!
To nie jest tak, że ja się muszę przemagać. Już kiedyś pisałem, że po prostu strasznie mnie drażni uparta niechęć do myślenia w pewnych kwestiach, kiedy widzę, że w innych nie ma z tym problemu. Z patentowanym idiotą bez jakiejkolwiek podstawy do dyskusji nie zamieniłbym zdania.
To o czym piszesz ('minął się z prawdą', czy też np. 'moja osoba') to polityczno-medialny żargon, papka słowna mająca przykryć braki kompetencji. To problem z zupełnie innej beczki, który można połączyć np. z zamiłowaniem do zastępowania autentycznej charyzmy gamą wystudiowanych gestów typu koszyczek czy ręka na sercu: problem wymywania poczucia autentycznej potrzeby pracy przez pijar (najczęściej marnej próby).