[img]http://www.rzeczpospolita.pl/gifs/head.gif[/img] pisze:Jan Pospieszalski Potrzebny był mocny akt propagandowy, potwierdzający siłę i legitymizujący władze PZPR. Nic lepiej nie mogło nadawać się do tej roli. Zwalista, monumentalna budowla musiała budzić respekt
Symbol sowieckiej dominacji do rozbiórki
W rozbiórce pałacu można widzieć, tak jak to ujmuje prof. Barbara Skarga, groźny pomysł radykałów, aby panować nad pamięcią. A przecież pytanie o pałac jest częścią sporu o to, czym była PRL. Sam fakt, że taki spór wraca ze wzmożoną siłą, jest najlepszym dowodem na uwalnianie pamięci - pisze muzyk i publicysta
Wpisanie Pałacu Kultury i Nauki do rejestru zabytków jest triumfem absurdu. Sam fakt, że są w Warszawie dorośli ludzie, którzy wymyślili, przeprowadzili i zaakceptowali umieszczenie tej budowli na liście ochrony dziedzictwa narodowego, musi budzić smutek. Sprawia, że trzeba sobie przypomnieć sens słów: "zabytek" "naród" "dziedzictwo". I jak na ironię, jest to zwycięstwo zza grobu sowieckiej ideologii, bo najbardziej perwersyjną sztuczką komunizmu była kradzież słowom ich pierwotnych znaczeń. Zamiast wpisywać Pałac Kultury na listę zabytków, należy go po prostu rozebrać i powinno się to zrobić niezwłocznie.
Kamienna maczuga blokuje miasto
Ten monstrualny gmach został wetknięty w samo centrum, paraliżując naturalną tkankę miejską, z trudem dźwigającej się z ruin Warszawy.
Na obszarze kilku kwartałów zablokowano naturalne ciągi ulic i poprzecinano arterie komunikacyjne. Zaczopowano newralgiczny splot słoneczny metropolii. Wystarczy spojrzeć na ścianę sąsiedniej pierzei z hotelem Polonia, aby uświadomić sobie, jak ten kwadrat mógłby wyglądać. Znajomy architekt mówi, że PKiN przypomina mu gigantyczną, kamienną maczugę, którą przygwożdżono upolowaną zwierzynę.
Jakość rozwiązań urbanistycznych najlepiej weryfikuje życie. Jesteśmy właśnie świadkami trwającej ponad pięćdziesiąt lat urbanistycznej klęski. Nasze miasto nigdy nie zasymilowało narzuconego, sztucznego tworu. Do 1989 roku Warszawa nie wchłonęła PKiN jako części struktury, a dziś w warunkach tzw. wolności gospodarczej, jest jeszcze gorzej.
Paraliż decyzyjny kolejnych ekip zasiadających w ratuszu, brak wizji, przyzwolenie na prowizorkę, stworzyły pole dla cwaniactwa i szemranych interesów. W centralnym punkcie europejskiej stolicy wytworzyła się subkulturowa enklawa. Najpierw "szczęki", potem ohydne blaszaki MarcPolu, parkingi z kolczatkami odgrodzone bez ładu i składu ułożonymi krawężnikami i do tego spontanicznie powstały dworzec zamiejscowych mikrobusów. Wokół strzępy parku, alejki prowadzące donikąd i obsikane klomby pełne mieszkańców dworcowych kanałów. W to wszystko powtykane plansze z reklamami, prowizoryczne pawilony z tanim jedzeniem i wszechogarniający brud.
Nadzieje, że z czasem ten brzydki olbrzym zostanie obudowany nowymi wieżowcami i przez to zneutralizowany, okazały się szczytem naiwności. Na przykładzie Złotych Tarasów i sąsiednich inwestycji widać, że jest odwrotnie. To ponura bryła PKiN jest nadal dominującym punktem odniesienia, a wszystkie pozostałe budynki, choćby najbardziej śmiałe i nowoczesne, się do niej dostosowują.
Najdroższy biurowiec Europy Środkowej
"...Rozebrać? Coś pan! A kogo na to stać, ile to będzie kosztowało?!"
Ci, którym rozbiórka PKiN - czyli całkowity demontaż do poziomu "0" nie mieści się w głowach, odpowiadam: nie będzie kosztowało ani grosza, a jeszcze miasto na tym nieźle zarobi! A co najważniejsze, zakończy się proceder publicznego sponsoringu, czyli finansowania z kieszeni podatnika. Wystarczy ogłosić przetarg na działkę i konkurs na projekt zagospodarowania centrum dużej stolicy europejskiej. W warunkach przetargu należy umieścić rozbiórkę PKiN z zastrzeżeniem sobie decyzji, co zrobić z odzyskanymi surowcem i elementami. (Zegar proponuję niezwłocznie odesłać Pawłowi Piskorskiemu na adres jego zachodniopomorskich posiadłości - byle dalej!)
Obserwując trendy na rynku nieruchomości, można być pewnym, że inwestorzy i deweloperzy z całego świata ustawiliby się w długiej kolejce. Nie ma żadnego ekonomicznego uzasadnienia, by nadal blokować najatrakcyjniejszą w tej części Europy lokalizację. Z punktu widzenia interesów naszego miasta, odwlekanie decyzji, to już nie tylko niefrasobliwość, to brak elementarnej odpowiedzialności za wspólne dobro.
Poza tym utrzymywanie takiego kolosa jest nieopłacalne. Koszty eksploatacji, konserwacja i niezbędne remonty, a nie daj Boże, w przypadku zabytku dodatkowe koszty wszelkich prac pod rygorami narzucanymi przez konserwatora wojewódzkiego, nijak mają się do zysków z wynajmu i użytkowania pomieszczeń. Skalę marnotrawstwa pokazuje choćby zużycie energii elektrycznej, której starczyłoby na potrzeby 30-tysięcznego miasta. To bez wątpienia najdroższy biurowiec w tej części Europy.
Może wpisanie nieruchomości na listę zabytków, ma na celu przerzucenie części kosztów na Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego?
Symbol narzuconej religii
Zapis ustawy mówi że "...zabytkiem jest nieruchomość (...), której zachowanie leży w interesie społecznym ze względu na wartość historyczną, artystyczną lub naukową" (art. 3 pkt 1, Dz. U. z nr 162, poz. 1568).
Interesuje mnie niezmiernie, jak ów interes społeczny definiują autorzy pomysłu umieszczenia PKiN w rejestrze zabytków. O wartości artystycznej nie wspominajmy. Spójrzmy na wartość historyczną.
Rzecznicy ochrony pałacu podkreślają, że stanowi on wyjątkowe świadectwo epoki totalitaryzmu. Doświadczenia unikalnego, na Zachodzie nie bardzo zrozumiałego, a przez to zdolnego zainteresować Europejczyków. Ale jakoś tak się dzieje, że właśnie ci, którzy ten historyczny aspekt najmocniej podkreślają, najgłośniej protestują przeciw rzetelnej debacie o historii PRL.
Nie ma wątpliwości, że zamysłem fundatorów PKiN, było oddziaływanie ideologiczne. Bo okupacja sowiecka w Polsce, to nie tylko sprawowanie władzy za pośrednictwem PZPR, przez podporządkowanie jej wszystkich instytucji państwa. Zdobycie władzy, to był dopiero początek. Celem było trwałe przekształcenie struktury społecznej. Radzieccy towarzysze, chcąc stworzyć nowego człowieka, wiedzieli, że samym terrorem i represjami tego nie dokonają. Potrzebna była zmiana mentalna - radykalna przebudowa kulturowa. Równolegle z frontem eksterminacji tych, których uznano za wroga klasowego (wg różnych danych: od 30 tysięcy ofiar znanych z imienia i nazwiska, do 200 - 300 tysięcy obliczanych szacunkowo) rozwijał się front propagandowy.
Telewizja była w fazie eksperymentów, potrzebny był więc mocny akt propagandowy, potwierdzający siłę i legitymizujący władze PZPR. Nic lepiej nie mogło nadawać się do tej roli. Zwalista, monumentalna budowla musiała budzić respekt. Nie tylko imieniem Józefa Stalina, ale całym swym kształtem przypominała, kto ma władzę, z czyjego ona jest nadania, gdzie i jakie jest jej realne umocowanie. Obca formą i estetyką, nie mająca żadnych odniesień do znanej u nas architektury, była symbolem dominacji, a zarazem świątyniopodobnym centrum narzuconej, nowej religii. Bo to o rząd dusz trwała walka.
Sieroty po PRL
Inna grupa obrońców pałacu to sentymentaliści. Sieroty po PRL, tęskniące za ojcowską władzą rozgrzeszającą z odpowiedzialności. To także majsterkowicze i modelarze z Pałacu Młodzieży, baletnice z kółek tanecznych, żółte czepki zdobyte na basenie. "... Ach panie, ludzie się przyzwyczaili... człowiek kiedyś był młody! Ja tu tyle wspomnień zostawiłem i rozbiórki sobie nie wyobrażam. Przecież tu nie tylko propaganda. Tu panie grali Stonesi, Miles Davis, a nawet był Kongres Kultury Polskiej".
Z sierotami po PRL trudno dyskutować, niech wraz z Bogusławem Wołoszańskim powtarzają mantrę o PRL, która była ich ojczyzną.
Ciekaw jestem, czy sentymentaliści też będą protestować przy planowanej rozbiórce Dworca Centralnego? Przecież te perony były świadkiem tylu pięknych pożegnań i powrotów.
Rozumiem zresztą sentymenty. Jestem warszawiakiem z wyboru i tak jak solista zespołu T.Love przyjechałem tu z Częstochowy. W przeboju o Warszawie Muniek Staszczyk, także i w moim imieniu, śpiewa:
... bo kocham to miasto zmęczone jak ja
gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje...
Obaj okupanci dobrze wiedzieli, jakie znaczenie dla narodowej tożsamości, ma symboliczna przestrzeń miasta. Nie tylko z jego zabytkami, ale i z placami, rytmem ulic. Dlatego właśnie "zrobili co swoje". Akt zniszczenia Warszawy wyludnionej po powstaniu, nie ma w nowożytnej historii precedensu.
Słyszymy także: "...skoro chcecie zniszczyć wszelkie pozostałości po obcej okupacji, to zlikwidujmy także Auschwitz-Birkenau". To argument nierozsądny. Nikt nie chce zniszczyć, ale też nikt nie próbował oswajać obozów śmierci. Są świadectwem strasznej historii i przestrogą dla pokoleń. Dlatego porównanie jest nie na miejscu.
Nietrafione jest także porównanie Pałacu Kultury z innymi obiektami zabytkowymi, które powstały przy udziale lub na użytek zaborców. Pałac Namiestnikowski, dziś siedziba prezydenta RP, jest typowym reprezentacyjnym gmachem, znakomicie wkomponowanym w otoczenie. Mógłby powstać także w niepodległej Polsce, a jego architektura znajduje wiele odniesień również w samej Warszawie.
Uwalnianie pamięci
Znaczenie symboliczne miejskiej przestrzeni bezbłędnie rozumiały władze Warszawy w II Rzeczypospolitej. W 1926 r. zaledwie kilkanaście lat od zakończenia przez Rosjan budowy gigantycznego soboru Aleksandra Newskiego stojącego na placu Saskim (dzisiaj plac Piłsudskiego), podjęto decyzję o jego rozebraniu do gruntu. Aby zrealizować zamysł, przeprowadzono nawet publiczną zbiórkę pieniędzy, choć pojawiały się protesty intelektualistów. Były również propozycje kompromisu, np. Żeromski chciał, by w budynku cerkwi utworzyć muzeum narodowej martyrologii.
W rozbiórce pałacu można widzieć, tak jak to ujmuje prof. Barbara Skarga, tylko groźny pomysł radykałów, aby panować nad pamięcią. ("Gazeta Wyborcza" 3 - 4 lutego 2007 r.). A przecież pytanie o pałac jest częścią sporu o to, czym była PRL. Sam fakt, że taki spór wraca ze wzmożoną siłą, jest najlepszym dowodem uwalniania pamięci. Czy właśnie zadekretowany brak pamięci nie przyczynił się w sporej mierze do "największego grzechu obywatelskiego", o którym mówi Barbara Skarga? Czy użalając się na "obojętność, kwitowanie wszystkiego wzruszeniem ramion, śmiechem, żartem" nie należy zapytać o przyczyny abdykacji od wspólnoty?
Obojętność, to nie tylko słaba frekwencja wyborcza czy brak silnych instytucji obywatelskich, to również paraliż i niechęć kolejnych samorządów do zmierzenia się z problemem, jakim jest prezent Józefa Stalina dla Józefa Stalina, w środku naszego miasta.
Porównanie w tym samym wywiadzie rozbiórki PKiN z zaoraniem trasy gierkówki nie przystoi szanowanej pani filozof. Pokolenie jej rodziców, składając datki na rozbiórkę cerkwi giganta, nie chciało jednocześnie wyrywać spod warszawskich chodników rur tylko dlatego, że system kanalizacji powstał przy osobistym zaangażowaniu carskiego gubernatora.
Jestem rówieśnikiem PKiN i nie zgadzam się na uproszczone rozrachunki z historią, w których jest miejsce tylko na komunistycznych zbrodniarzy i ich agentów z jednej strony i niewiniątka z metrykami po 1970 r. z drugiej.
Nie zgadzam się również na nadużycie mówiące, że tradycje i rodowody były różne, że nie wolno wykluczać wrażliwości ludzi lewicy. Właśnie dlatego trzeba uwolnić pamięć. I wtedy okaże się, że skala możliwych wyborów i postaw w PRL była większa. Nie zawierała się pomiędzy partyjną karierą a ucieczką w prywatność (poprzez wszelkie formy mniejszej lub większej kolaboracji).
Skala postaw w PRL sięgała dalej. Do czynnego oporu z bronią w ręku, do żołnierzy wyklętych, których sny o Niepodległej w lasach Podlasia i na Podhalu, we Wronkach i na Mokotowie, nawiedzały jeszcze wtedy, gdy wciągano iglicę na Pałac Kultury.
Bez syndromu niewolnika
Ale w tamtych czasach można było o tym nie słyszeć lub nie chcieć słuchać. I zdaję sobie sprawę, że z tysiąca różnych powodów wielu z nas, w różnym stopniu dało się w PRL wciągnąć. Dlatego, że heroizm przytrafia się nam tylko niekiedy, że granica pomiędzy kolaborantem a ofiarą jest tak nieostra, trzeba powtórzyć: żyliśmy w PRL w ogłupieniu, kłamstwie, upodleniu i strachu, ale stać nas było, żeby to zmienić. Dziś, dojrzalsi o historyczną wiedzę, ze zwykłego szacunku do samych siebie, powinniśmy mieć odwagę odpowiedzieć: co należy do polskiej tradycji? Jakie symbole wyrażają tę wyższą, a przez to godną ochrony, część naszego dziedzictwa?
Patrząc na losy Pałacu im. Józefa Stalina nie można oprzeć się wrażeniu, że dalej odgrywa wyznaczoną rolę: panuje nad otoczeniem. Potraktowanie go w wolnym kraju jako zabytku kultury można porównać tylko ze zjawiskiem opisanym przez psychologów badających więźniów obozów nazistowskich. Patologiczna relacja ofiary do nadzorcy, czyli inaczej mentalność niewolnika, sprawia, że życie w warunkach wolności staje się nie do udźwignięcia.
Autor jest muzykiem, dziennikarzem i publicystą, prowadzi program w TVP "Warto rozmawiać".