blinski pisze:Szeregowy_Równoległy pisze:A czemu w ogóle miałaby istnieć? Z tego co wiem, potęgi krajów od jakiegoś czasu nie określa się liczbą mężczyzn zdolnych do noszenia broni czy kobiet o żyznych łonach. Mam poważne wątpliwości, czy namawianie do mnożenia się ma jakikolwiek sens, szczególnie długoterminowy. Oczywiście, można produkować bezrobotnych i przyszłych klientów opieki społecznej, ale po co?
Po to, żeby miał kto utrzymywać w przyszłości starsze, niezdolne do pracy pokolenia?
Chcesz leczyć kaca kielichem? Odsunąć problem, który wróci później w znacznie boleśniejszej postaci? Problemem nie jest zbyt mała ilość dzieci. Problemem jest to, że emeryci żyją coraz dłużej. Pobierają świadczenia również coraz dłużej. Co zrobisz z masą dzieci, kiedy te dzieci, za lat ileś, postanowią pójść na emeryturę? Zarobią na nią ich dzieci, których będzie musiało być więcej, niż tych zarabiających na nas, bo nasze dzieci (statystyka to suka) będą żyć dłużej od nas, więc wyciągną więcej z ZUS/OFE/instytucji wypłacającej emerytury?
blinski pisze:Poza tym rzeczywistość wygląda dokładnie odwrotnie niż zasugerowałeś. Brak polityki prorodzinnej zniechęca do mnożenia się ludzi lepiej sytuowanych, myślących racjonalnie i przyszłościowo.
Zważywszy na proporcje lepiej i gorzej sytuowanych: jeśli Polacy zaczną się mnożyć w sposób mniej więcej zrównoważony, znaczy 15% lepiej sytuowanych machnie sobie dziecko, a jednocześnie 15% gorzej sytuowanych machnie sobie dziecko (tak, oni też dostrzegą, że jest łatwiej), to których dzieci pojawi się więcej? Moim zdaniem tych, których rodzice zajmą miejsca we wszystkich możliwych kolejkach po wszystkie możliwe zasiłki. A potem ich dzieci, a przynajmniej znaczna ich część, zajmą miejsca rodziców, tylko będzie ich więcej, niż rodziców.
blinski pisze:Tych, którym wyjątkowo zależy na potomstwie oraz na jego (i ich tym samym) dobrym życiu, wpędza w emigrację. Natomiast warstwy najbiedniejsze i tak - z racji niskiej kultury kontroli urodzeń - będą się mnożyć.
No to skoro ci myślący emigrują, a króliki się mnożą, to ułatwiając mnożenie co osiągniesz? Moim zdaniem namnożysz królików, a gdzieś tam, przy okazji, ileś myślących osób skorzysta. Ale to nie jest wariant korzystny dla nikogo.
No i jeszcze jedno: za dużo nas. Chcesz stworzyć drugą Anglię, piąty najgęściej zaludniony kraj świata? Nie ma wojen, medycyna idzie do przodu, głód jest epizodyczny, a nie jest (przynajmniej w naszej części świata) zjawiskiem występującym na tyle masowo, żeby odbijał się jakoś poważniej na licznie ludności... I tak się mnożymy. Miasta rosną, kosztem terenów rolniczych czy rekreacyjnych, aż w końcu zwyczajnie zabraknie miejsca.
No i jeszcze pozwolę sobie wrócić do pierwotnej tezy, że na emerytury bieżących emerytów pracują aktualnie pracujący: dziecko jest pasożytem przez pierwsze, mniej więcej, 23 lata życia. Przy średniej długości życia rzędu 79 lat dla kobiet i 72 dla mężczyzn, faceci są na emeryturze przez mniej więcej 7 lat, panie natomiast przez mniej więcej 20. Kto doprowadza ten kraj do ruiny? Dzieci, czy emeryci? Dodam, że osób w wieku przedprodukcyjny wg GUS jest więcej (7,5 miliona), niż ludzi w wieku poprodukcyjnym (6 milionów). Przy czym GUS przyjmuje, że wiek przedprodukcyjny to 0-17, co przy przeciętnym wieku człowieka wchodzącego na rynek pracy, który to wiek wynosi 23 lata, każe zweryfikować te 7,5 miliona. Zanim którekolwiek z twoich dzieci będzie pracowało na twoją emeryturę, przez 23 lata będzie pasożytem. Zwiększona liczba dzieci to zwiększone wydatki ze strony państwa: służba zdrowia, edukacja, dożywianie (tak, ustaliliśmy, biedni też się będą mnożyć), zasiłki rodzinne, ZUS dla nianiek, ulgi podatkowe, urlopy macie- i tacierzyńskie. Naprawdę z kasą wywaloną na, co omówiłem wcześniej, chwilowe łatanie dziury w systemie emerytalnym nie da się zrobić nic sensowniejszego? Zainwestować (w edukację już istniejących dzieci, szeroko pojmowane lepsze przygotowanie do życia młodego pokolenia, zdrowie, może jakieś przysposobienie zawodowe, bo - uwaga - nie wszyscy muszą kończyć studia)? Na to, żeby wydłużając wiek emerytalny umożliwić niedoszłym emerytom znalezienie zatrudnienia? Bo skoro żyją dłużej, to niech też dłużej pracują, ale jakieś elastyczne formy zatrudnienia? Cokolwiek? Sensowniejsze wydaje mi się, żeby wiekowy Blinski czy Szeregowy sami pracowali na swoje wydłużone emerytury, skoro prawdopodobnie będą żyć dłużej i w lepszym zdrowiu, niż żeby miały to robić ich dzieci. Nie twierdzę, że to panaceum, ale jakaś alternatywa, której nikt nie bierze pod uwagę, tak jak nikt nie bierze pod uwagę konsekwencji mnożenia się na potęgę.