
Obiektywnie przyznaję, że ze strony ZTM-u dzisiejsze objazdy Iron Man Warsaw zostały przygotowane bardzo dobrze. Tak naprawdę to "tylko" sześć godzin zmian, ale zadbano o to, żeby tymczasowe trasy były wgrane do autokomputerów w autobusach (choć i tak byli pasażerowie, którzy dopiero w połowie trasy orientowali się, że nie dojadą do Nieporętu). Na wszystkich przystankach były żółte rozkłady jazdy i były również naklejki z numerami linii jeżdżących tamtędy tylko przez te około sześć godzin.
Co jednak z tego, że wszystko było dobrze zorganizowane, skoro niektórzy kierowcy nie potrafili zrozumieć mapek, które dostali. Chyba wszystko przebił kierowca, który na linii
705 (wariant: Opolska przez Radzymin) kierował się wskazaniami GPS zamiast mapką od ZTM (miał ją przed sobą, wielokrotnie ją sprawdzał, ale i tak niewiele z tego wynikło). Miał jechać trasą S8 prosto aż do węzła Radzymin-Północ, ale w Markach skręcił w lewo, bo prawdopodobnie GPS pokazał mu, że tędy do Radzymina będzie krócej. Po kilku kilometrach policja kazała mu zawrócić na skrzyżowaniu z ulicą Legionową (zespół przystankowy Struga), bo dalej droga była już zamknięta. To było pierwsze stracone 20 minut zanim wrócił do trasy S8. Potem pojechał ekspresówką, ale za węzłem Wołomin zatrzymał się na kilka minut na pasie awaryjnym i znowu zaczął analizować mapkę i trasę w telefonie. Ruszył dopiero wtedy, gdy minęło go
738 i postanowił pojechać za nim. No i zjechał w ten sposób na węźle Radzymin-Południe zamiast Radzymin-Północ. Dojechał potem do centrum i... napotkał zamkniętą ulicę Konstytucji 3 Maja. No i się zaczęło: w lewo w Żeromskiego, w prawo w Daszyńskiego, w lewo w Strzelców Kaniowskich, w lewo w Czartoryskiej, w lewo w Batorego, w lewo w Paderewskiego, w lewo w Strzelców Kaniowskich (po uprzednim odstawieniu zapór, żeby móc przejechać po chodniku), w lewo w Daszyńskiego, w lewo w Żeromskiego, prosto w Narutowicza i w lewo w 1 Maja. Tak, to nie pomyłka - tyle razy było "w lewo", czyli jeździliśmy "w kółko". Dopiero w pewnym momencie jakiś miejscowy rowerzysta został jego pilotem i wyprowadził go z centrum, a dalej rolę pilota przejął wóz bojowy straży pożarnej (strażacy zlitowali się, widząc, jak kierowca manewruje przegubowcem po uliczkach, na które ZTM nie pozwoliłby wpuścić nawet wozów 10-metrowych ze względu na drzewa, słupy i zaparkowane samochody). Ostatecznie do pętli Opolska dotarł z opóźnieniem około 45 minut. Powrót tylko pozornie był łatwiejszy, bo bez zatrzymywania się na analizy GPS znowu się nie obyło.
Na koniec jeszcze kilka zdań wyjaśnienia. Sam nie mogłem pomóc kierowcy przebić się przez Radzymin, bo nie znam lokalnych uliczek i nie wiem, które byłyby odpowiednie dla takiego pojazdu. Nikogo miejscowego w autobusie też nie było (tylko zbłąkani pasażerowie do Nieporętu, którzy ostatecznie i tak wrócili do Warszawy). A mapkę u kierowcy zobaczyłem z bliska dopiero na pętli Opolska, gdy mi ją sam pokazał i zapytał, jak ma teraz wrócić, bo "GPS mu pokazuje inną drogę niż tu narysowali". Dopiero wtedy zobaczyłem, że na mapce było dokładnie narysowane jak zjechać na węźle Radzymin-Północ (był nawet zrzut z Google Street View z zaznaczonym drogowskazem na Jadów). No ale niestety, bezgraniczne obecnie zaufanie do wskazań GPS tak się kończy.