Panowie panowie, nie za ostro? Naprawdę, nie trzeba się uciekać do Bolka, żeby Wałęsę postrzegać w kompromitującym świetle. Wszak to nasz etatowy Nikodem Dyzma, ba - nawet nie tylko nasz, ale europejski, przecież mienić się może tytułem Mędrca Europy! Tylko ten lekki, lecz wyraźny zapach słomy...
A tak poważniej. Padły tu dwie tezy: (1) pomniki chcą L. Kaczyńskiemu stawiać nie za zasługi, bo tych nie ma, lecz za tragiczną śmierć; (2) najsensowniejszy sposób upamiętnienia zmarłego prezydenta to wstrzymanie się od zbędnego kłapania jadaczkami. Reszta to, merytorycznie rzecz ujmując, śmieci. Co do twierdzenia (2) to jest to całkiem rozsądny postulat, choć widać jak na dłoni, że niemożliwy do spełnienia, natomiast co do twierdzenia (1) dochodzą mnie słuchy, że panuje tu żywiołowa dyskusja, czy raczej przekrzykiwanie się. "Kaczyński był najwybitniejszym polskim politykiem od 1945"... "Kaczyński cieszył się pełnym poparciem społeczeństwa"... "Kaczyński nie osiągnął nic jako prezydent"... "Kaczyński tylko przynosił Polakom wstyd i działał na szkodę kraju"... itd. itp. Dzisiejsi złotouści powiedzieliby, że "prawda leży pośrodku", co jest tylko bezjajeczną formą powiedzenia, że obie strony pieprzą od rzeczy. I tak właśnie jest, tyle że w gruncie rzeczy sprawa jego dokonań jest drugorzędna, bo nikt rozsądny nie będzie polemizował z prostym faktem, że całe to bałwochwalstwo, pomnikologia i inne subtelne formy nekrofilii są pokłosiem nie zasług L. Kaczyńskiego (czy były, czy nie - nieważne), lecz - przepraszam co wrażliwszych za wyrażenie - efektownej śmierci. To jest proste jak drut i dlatego nawet równie prosty Wałęsa to rozumie, chociaż on musiał to oczywiście po swojemu doprawić.
Podsumowując, w tej wypowiedzi L.W. zawarł (1) banał, (2) trochę kultury osobistej i (3) kilo słomy. Czyli niepotrzebnie się tak rozpisałem, bo nie było o czym
